NKFREE.PL: TO SIĘ (RACZEJ) NIE UDA

Uwaga: Ten post pochodzi z poprzedniej odsłony bloga, więc formatowanie tekstu oraz sposób wyświetlania niektórych elementów mogą być nieoptymalne. Nie są także wyświetlane komentarze znajdujące się niegdyś pod wpisem.

W tumulcie, jaki powstał po wprowadzeniu przez naszą-klasę odpłatności za darmowe wcześniej funkcje (przede wszystkim – informacje o osobach odwiedzających profil), ktoś zwietrzył szansę biznesową – serwis NKfree.pl, którego otwarcie planowane jest na 11.11, reklamuje się hasłem „gdzie przyjaźń jest za darmo”.

Twórcy serwisu uznali, że przychody z reklam i innych form działalności marketingowej wystarczą do generowania przychodów zapewniających z naddatkiem pokrycie kosztów bieżących. Cóż, najprawdopodobniej się mylą.

Nie oznacza to, że nie wierzę w możliwość prawidłowego funkcjonowania modelu biznesowego polegającego na pozyskiwaniu funduszy wyłącznie od reklamodawców – przeciwnie: o ile mi wiadomo nieabonamentowe telewizje prywatne nie narzekają na brak zysków, podobnie jak tytuły prasowe rozdawane na przystankach autobusowych i skrzyżowaniach. Koszty prowadzenia serwisu internetowego są przy tym znacznie niższe niż koszty utrzymywania stacji telewizyjnej czy skromnej nawet redakcji gazetowej – w każdym razie: dopóki serwis nie zdobędzie zbyt wielu użytkowników, generujących potężny ruch…

Otóż to: bez odpowiedniej bazy użytkowników trudno o przyciągnięcie reklamodawców dysponujących dużymi budżetami – i w ten sposób koło zostaje domknięte.

Tymczasem NKfree.pl prawdopodobnie nie zdobędzie znaczącej popularności – choć mogłoby zwiększyć swoje szanse w stosunkowo prosty (nie uwzględniając możliwych ograniczeń prawnych) sposób.

Na czym buduje swoją markę NKfree? Na darmowości, przeciwstawianej pozornej pazerności (całkiem ładny asonans skądinąd) naszej-klasy. W czym zapewne upatruje szansy? W popularności wewnątrz-naszo-klasowego ruchu oporu, polegającego na umieszczaniu w swoich profilach obrazków o treściach krytykujących zmiany.

Sęk w tym, że od werbalizacji sprzeciwu do podjęcia radykalnych działań, wiążących się z opuszczeniem dotychczasowego środowiska droga bardzo daleka. Głównie dlatego, że migracja z n-k na NKfree oznaczałaby zaprzepaszczenie wyników dotychczasowej pracy: utratę informacji profilowych, galerii, sieci kontaktów, korespondencji, otrzymanych prezentów. W Internecie to mniej więcej to samo, co skutki trzęsienia ziemi w świecie rzeczywistym: wszystko trzeba zaczynać od nowa.

Jak można to zrobić lepiej? Otóż: przygotowując zaawansowany (technicznie, a nie z punktu widzenia użytkownika) mechanizm importowy, który po podaniu loginu i hasła z n-k pobierałby automatycznie:

  • wszystkie informacje profilowe,
  • komplet galerii wraz z opisami zdjęć,
  • otrzymane prezenty,
  • pełną listę kontaktów, z której odwzorowywane byłyby natychmiast te relacje, które dotyczą aktywnych już użytkowników NKfree, a pozostałe byłyby niejawnie zachowywane w oczekiwaniu na aktywację tych użytkowników n-k, którzy nie posiadają jeszcze konta na NKfree,

dodatkowo wysyłając (być może wbrew netykiecie) do wszystkich znajomych automatyczną informację o realizowanej właśnie migracji.

Przypominam: zastrzegałem, że nie uwzględniam ograniczeń prawnych. Zgodnie z regulaminem n-k użytkownik udziela serwisowi licencji niewyłącznej; skoro tak – rozumiem, że może dowolnie wykorzystywać należące do niego informacje, zdjęcia etc., uwzględniając ich zautomatyzowane kopiowanie. Pojawiają się tu zresztą co najmniej trzy ciekawe zagadnienia:

  • czy automatyczne wysyłanie zaakceptowanej przez użytkownika treści do wszystkich swoich kontaktów (tj. osób, z którymi pozostaje się w obustronnie potwierdzonej relacji znajomości) można uznać za spam – a jeśli tak: dlaczego?
  • jeżeli użytkownik pozostaje właścicielem utworów (w szczególności: zdjęć) zamieszczanych w serwisie internetowym – na ile to prawo własności dotyczy pewnej abstrakcyjnej idei zdjęcia („treści”), a na ile konkretnej kopii (wytworzenie której wymagało przecież wykorzystania mechanizmów – skalowania, kompresji itd. – dostarczonych przez serwis, a także np. zużycia określonego czasu pracy jednostek obliczeniowych)?
  • czy informacja „osoba A pozostaje w relacji z osobą B” może być uznana za przedmiot prawa majątkowego – a jeżeli tak: kto jest jej właścicielem? każda z tych osób w równych częściach? właściciel platformy, która umożliwiła ustanowienie symbolu relacji?

Jestem przekonany, że kwestie te były już niejednokrotnie dyskutowane – nie znam jednak odpowiedzi, a jestem ich bardzo ciekaw.

Na zakończenie natomiast: hasło „gdzie przyjaźń jest za darmo”, samo w sobie raczej niezbyt sensowne, w kontekście naszej-klasy (a tak trzeba je rozpatrywać) jest drażniąco naciągane – co jak co, ale przyjaźń nie podlega jak dotąd opłatom dodatkowym. Z kolei marketingowe wiązanie daty uruchomienia serwisu z Narodowym Świętem Niepodległości – w dodatku nazywanym, żeby lepiej pasowało, Dniem Odzyskania Wolności – to kpina raczej ponura i podważająca wizerunkową szlachetność intencji autorów. Nie dałoby się bez uderzania w takie dzwony?

AUTOR

Kordian Piotr Klecha - projektant serwisów od 1998, 2008-2014 w WP.pl więcej  »


ARCHIWA


KATEGORIE